21 czerwca

21 czerwca

Suknia ślubna: jak znalazłam, wybrałam i kupiłam moją suknię ślubną

Suknia ślubna: jak znalazłam, wybrałam i kupiłam moją suknię ślubną




MROŻĄCĄ KREW W ŻYŁACH HISTORIĘ KUPOWANIA (nie mojej) SUKNI ŚLUBNEJ Z HAPPY ENDEM, w której miałam swój skromny udział już Wam tu opowiedziałam, teraz czas na zrelacjonowanie mojego kupowania.

Było to już trochę lat temu, ale nie brałam ślubu za okupacji ani za PRL-u, tylko w XXI wieku, i rynek sukien ślubnych funkcjonował dokładnie tak samo jak dziś.

Tu obędzie się bez żadnych momentów grozy, ale chyba będzie cokolwiek... oryginalnie.

Gdyż...

Kojarzycie program "SAY YES TO THE DRESS" gdzie:
wszyscy żeńscy członkowie rodziny/
18 druhen/
3 przyjaciele-geje/
mama i przyszła teściowa/
brat i 12 przyjaciółek/
przeróżne miksy w/w /
itp., itd., etc.
wraz z przyszłą panną młodą udają się do salonu sukien ślubnych wybierać tę wymarzoną kreację?

Rady, narady wszystkich wyżej wymienionych, wielkie rozterki panny młodej? Te emocje, łzy..?

A słyszeliście już o wielomiesięcznych poszukiwaniach sukni łącznie z odwiedzeniem salonu w Szczecinie, chociaż się mieszka na z Podkarpaciu?


No to u mnie niczego takiego nie będzie.

Ale za to do tego wpisu do woli dysponuję zdjęciami, i mogę Wam unaocznić o czym mówię.


Specjalnie dla Was wyjęłam teraz mój kalendarzyk, w 9/12 przedmałżeński ( gdyż ślub brałam we wrześniu) aby przypomnieć sobie szczegóły tej jakże ważnej transakcji.


A bo to było tak...

Wiedziałam, że suknię ślubną nalezy wybrać minimum trzy miesiące przed ślubem. Kupiłam sobie nawet ze trzy grube, drogie gazety typu" Twój/mój ślub".

I tak cztery miesiące przed TĄ datą, pewnego majowego dnia - jak widzę w moim kalendarzyku  była to środa - zostałam wysłana w drodze z pracy z przelewami do banku.

Niedaleko tegoż był salon sukien ślubnych i... po prostu tam weszłam. Był to pierwszy salon do którego zajrzałam.

Obejrzałam - szybko i sprawnie (może kiedyś Wam wyjaśnię w jakich okolicznościach przyrody zostałam podsumowana "najszybsza kobieta świata") wszystkie suknie, które tam były, spodobała mi się jedna kremowa, cała z [hiszpańskiej] koronki (od zawsze kocham koronkę!) na nieprzezroczystym spodzie, z amerykańskim dekoltem, i tę zażyczyłam sobie przymierzyć.

Było widzieć tę moją przymiarkę! To był zimny maj, i pod spodniami miałam skarpety... długie do pół łydki, w kolorowe pasy... Przecież nie planowałam na tamten dzień wizyty w salonie sukien ślubnych! I tak pierwszy raz zmierzyłam moją ewentualną suknię ślubną, do tychże skarpecior... 

I.........
i............
i............ to była moja ostatnia taka przymiarka.
Wybrałam.
TO TA.

Blitzkrieg. 

Szybsza niż błyskawica.


Suknia bardzo mi się spodobała, tylko, że chciałam taką śnieżnobiałą, ale pani sprzedawczyni mi to wyperswadowała i do mojego typu urody i włosów jednak doradziła mi kolor kremowy, ecru, taki, który mierzyłam. I na taki się zdecydowałam.

I tak wyglądał mój wybór sukni ślubnej!

Następnego dnia wróciłam do pobrania miary (razem z butami, żeby określić dobra długość), zdecydowałam się na (niewielki) tren i na bolerko. Zapłaciłam zaliczkę i czekałam na przymiarkę. Suknia była szyta w Rzeszowie.
Na marginesie dodam, że tren był podwiązywany na tasiemki (na ostatnim zdjęciu jest podwiązany) i na weselu i w trakcie szaleństw na parkiecie owe tasiemki mi się oberwały - i podpinał mi go na szpilki wyciągnięte z dekoracji sali jeden z gości (osoba towarzysząca, bo ja go wcześniej nie znałam),  pewien młody mężczyzna, o którym parę lat potem było słychać w naszym kraju gdy już został hmm... dość kontrowersyjnym projektantem mody.  Był potem i na pomponiku, i tu, i tam, i obawiam się, w "Super Expresie", i miał jakąś wystawę swoich prac, jakąś książkę o sobie, a Paweł Nastula w jego bluzie z kapturem znalazł się na okładce jednego czasopisma. Teraz mieszka i tworzy w Berlinie.


Po trzech miesiącach miałam przymiarkę - suknia wymagała jakiś niewielkich poprawek. Po 10 dniach, dwa tygodnie przez ślubem odebrałam suknię.
Kosztowała mnie wraz z bolerkiem - a był rok 2006: 1760zł.
Wg mnie - nawet  już wtedy - to nie było dużo. "Na oko" nigdy bym nie powiedziała, że ta suknia była tak... tania.

Nie miałam planu by kupić suknię tanią czy drogą, nie miałam żadnych założeń z góry, wybierałam dla siebie to, co mi się podobało.

Dodam, że zgodnie z moim przekonaniem, że dodatki nie mniej się liczą  i robią  [każdy] strój cała reszta razem: buty, welon, kwiaty, biżuteria, fryzjer, kosmetyki (bo malowałam się sama) kosztowały prawie drugie tyle co suknia. Ale dodatki to już inny temat.

Widoczny na fotach bukiet wybrałam na początku lipca - swoją droga byłam pierwszą klientką w kwiaciarni, która zażyczyła sobie ten bukiet: "Pani jest odważna i wie czego chce." tak mnie podsumowała kwiaciarka. Do bukietu "żywy" roślinny stroik do włosów. Owoce w stroiku i warzywa w bukiecie. Kwiaciarnia też była "tutejsza" -  a jej właścicielka wcześniej pracowała w Warszawie i robiła bukiety dla samych prezydentostwa Kwaśniewskich.
Jedną z zalet mieszkania na prowincji (takiej dobrze zaopatrzonej-moja taka jest), o której to prowincji pisałam w poście JESTEM Z PROWINCJI. NO I..? jest to, że można tu spotkać towary i usługi na poziomie stolycy, ale po prowincjonalnych (choć jak na prowincję drogich) cenach. 


A czy żałuję i kiedykolwiek żałowałam mojej szybkiej i bez egzaltacji oraz  wypraw w licznym (jakimkolwiek...)  towarzystwie decyzji?
Nie.
To był tak szybki jak i trafny wybór.
Wybrałam to, co naprawdę mi się podobało, i do czego byłam absolutnie przekonana - na tyle, że wiedziałam, że nie chcę już szukać dalej bo TO JEST TO.

Od tamtego czasu widziałam już wieeele osób, które dokonywały wyborów byle bzdety dużo dłużej niż ja mojej ślubnej kreacji...
Widziałam rozterki przy wyborze ręczników, czekanie na oświecenie przy zakupie butów sportowych, modlitwy nad parą przymierzanych spodni, medytacje nad sukienkami, debaty o torebkach, trzy próby podejścia do [tego samego] żakietu, risercze w środowisku lokalnym (dom i praca) na temat wyboru nowych oprawek okularów.
Czasem miewam w takich sytuacjach świętą cierpliwość, jeszcze doradzam lub po prostu się śmieję, ale innym razem mam ochotę co najmniej porządnie kopnąć w tyłek, a nierzadko i przywalić z liścia tak poważnie rozterkowanej osobie...




Na zdjęciach poniżej ucięłam moją i nasze facjaty - bo piszę tu o mojej sukni i jej kupowaniu, nie o moim ślubie.
Bukiet musi być widoczny, no bo nie sposób go uciąć, dlatego już o nim wspomniałam.



A jak u Was miała/ma/będzie się miała sprawa kupna sukni ślubnej?

Jest tu ktoś jeszcze ktoś oprócz mnie (bo w tzw. życiu pozablogowym nie słyszałam o takim przypadku) kto nikogo nie pytał o zdanie i radę?
I kto tak szubko się zdecydował na tę kreację?









19 czerwca

19 czerwca

PROJEKT LATO: KONIEC PROJEKTU - POCZĄTEK LATA :)

PROJEKT LATO: KONIEC PROJEKTU - POCZĄTEK LATA :)


Dobiegł końca nasz PROJEKT LATO,
ale -  lato zacznie się za to!

Stopą zadbaną dochodząc do tego zdarzenia
niech Wam złożę te oto życzenia:

Lata pełnego kolorów, zapachów,
niech Was słońce na urlopach z dala
od domowych pieleszy
wiatr niech Wam włosy czesze
A aura niechaj cieszy!



Na koniec tradycyjnie
wpisy Nails tale i ReznorBlog Wam polecę
sama Im za współpracę: Dziękuję!
I już Je czytać lecę.

17 czerwca

17 czerwca

NATURA ESTONICA BIO KREM POD OCZY GINSENG AND ACAI EYE CREAM

NATURA ESTONICA BIO KREM POD OCZY GINSENG AND ACAI EYE CREAM
Zapraszam na recenzję.



Krem NATURA ESTONICA BIO KREM POD OCZY GINSENG & ACAI EYE CREAM kupiłam zeszłej jesieni w sklepie stacjonarnym w Auchan Piaseczno.

"- Jaki tu jest najmocniejszy krem pod oczy?
-  W jakim sensie najmocniejszy?
- Przeciwstarzeniowym."

I pani poleciła mi własnie ten kosmetyk.

Mam wymagającą skórę pod oczami więc w sumie nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tym tanim (ok. 12 zł? za 15 ml) kosmetyku.

Teraz już go denkuję (w międzyczasie używałam i innych kremów pod oczy) i mam o nim wyrobione zdanie, którym podzielę się z Wami.



Kosmetyki znajduje się w plastikowej tubeczce ( bardzo lubię takie lekkie, praktyczne opakowania).

Info od producenta:



Skład:



Wg mnie:

- sprawdza się w swojej roli,
- znakomity pod makijaż,
- dba o delikatną, suchą i wrażliwą okolice oczu,
- ma działanie odmładzające i przeciwzmarszczkowe,
- jak na swoją cenę jest to najlepszy krem pod oczy jaki miałam, i ogólnie jeden z najlepszych takich kremów, a sporo już ich na sobie przetestowałam, i to nie szczędząc grosza (przez co rozumiem np. krem 10 razy droższy od tegoż),
- pojawił się u mnie w ULUBIEŃCACH LUTEGO, ale na dobrą sprawę od tamtego czasu jest ulubieńcem nieprzerwanie,
wydajny!,
- spełnia obietnice producenta,
polecam!



-

16 czerwca

16 czerwca

Pulanna krem Silk Peptide Cream

Pulanna krem Silk Peptide Cream
Zapraszam na recenzję!



PULANNA  to polska marka z Końskowoli inspirowana - i to od dawna! - tak teraz modną (przynajmniej deklaratywnie) azjatycką pielęgnacją.

Na wiosnę poczyniłam spore zakupy w sklepie internetowym tej marki...

https://www.instagram.com/p/BgCLJNAhqEH/?taken-by=wszystkiemojebziki




... i dzisiaj zapodaję Wam recenzję tego jakże ładnego kosmetyku jakim jest krem Silk Peptide Cream czyli jedwabno-peptydowy krem dla każdej cery, również wrażliwej. 




Info od producenta:



Skład:

Cena: 34 zł.



 Krem ma formułę białych kuleczek- perełek zawieszonych w żelu...



...do jego wyciągania mamy dodaną łyżeczkę...




... po wyciągnięciu musimy wymieszać oba składniki:




Wg mnie:

- przyjemnie się aplikuje i nosi,
- doskonała baza pod makijaż,
- mimo dość lekkiej konsystencji sprawdził się bez zarzutu na mojej suchej, wrażliwej skórze lat 38,
- jest bogatszy w formule (ma jakby więcej kuleczek a mniej żelu) niż PULANNA KREM REGENERACYJNY NA BAZIE WINOGRON GRAPE,
- nawilża,
- użyty na noc rano pozostawia skórę bardziej napięta i jędrną,
- krem spełnia swoje funkcje i obietnice producenta.

Polecam!


Sama mogłabym go spokojnie kupić po raz wtóry, ale na razie wolałabym poznać jeszcze mi nieznane produkty tej marki.

15 czerwca

15 czerwca

Wibo HD BODY FACE BRONZER Beach Cruiser kolor 02 cafe creme

Wibo HD BODY FACE BRONZER Beach Cruiser kolor 02 cafe creme
Zapraszam na recenzję !



Kosmetykiem tym zainteresowałam się w czasie promocji Rossmann na makijaż, oczywiście nigdzie go wtedy nie dorwałam.

Kupiłam po promocji w cenie regularnej za 27.99.

Czy jestem zadowolona z tego zakupu?

Czytajcie!


Produkt (aż 22 g) znajduje się w ładnym papierowym pudełeczku, które jest praktyczne, lekkie i cieszy oko (ja takie bardzo lubię), jest wytłaczany w liście palmy i intensywnie pachnie (kosmetyk perfumowany), ale tylko w opakowaniu, więc jeśli komuś przeszkadzałby jego zapach, to nie ma się czym martwić:



Info od producenta:




Kolor 02 to brąz raczej w stronę ciepłego niż neutralny...




A ja kupiłam go z myślą o konturowaniu, nie opalaniu - powiedzmy konturowaniu latem, gdyż temperatura jego koloru - cóż, zależy do czego porównać.


Na pewno jest cieplejszy niż INGLOT 505:





Ale zdecydowanie zimniejszy niż Pierre Rene BRONZING POWDER 01 Light Bronze:




Jego aplikacja to sama przyjemność, ładnie się rozprowadza na skórze i ładnie na niej wygląda - nie ma drobinek, ale pozostawia przyjemny, satynowy efekt. 
Wart swojej ceny - również i regularnej.


Wibo znowu się popisało!

Był jednym z moich ulubieńców maja, i zostanie nim pewnie tak gdzieś do października.


Spełnia obietnice producenta i polecam go!




14 czerwca

14 czerwca

O2skin OXYGEN tlenowy krem-żel na dzień

O2skin OXYGEN tlenowy krem-żel na dzień
Zdenkowałam wczoraj ten kosmetyk, więc już chyba pora, by skrobnąć Wam tu jego recenzję.
Co o nim uważam?
Czytajcie!


Info od producenta:




Cena to 64,99/50 ml.

Wg moich wiadomości dostępny jak na razie tylko on-line, w sklepie marki: http://sklep.o2skin.pl/

Spotkałam się z tą marką na Meet Beauty i nie ukrywam, że byłam jej bardzo ciekawa!
Kosmetyki O2SKIN znalazły się wśród UPOMINKÓW Z MEET BEAUTY więc teraz ja - a ze mną Wy- mamy szansę co nieco się o nich dowiedzieć.

O2SKIN to młodziutka (od 2017 r.) polska marka.
Krem zamknięty jest w szklanym pojemniku (na warsztatach podczas Meet Beauty dowiedziałam się, że kosmetyki z tlenem muszą być w szklanych opakowaniach) i miłym dla oka eleganckim kartoniku utrzymanym w biało-niebiesko-szarej kolorystyce.

Ma delikatny zapach lekką konsystencję wodnistego musu:





Wiedząc, że będzie to lekki krem-żel byłam z góry przygotowana na to, że użyję go kilka razy, będzie dla mnie zbyt lekki i oddam go siostrze, która jest młodsza i nie ma suchej skóry, i nie będę miała o to do nikogo o to pretensji. Tymczasem... na samym początku używania dałam siostrze małą odleweczkę, a potem... jak już wiecie - sama zdenkowałam go do końca.

Dobrze się aplikował, wchłaniał, sprawdził się jako krem pod makijaż.
Z powodu upałów potem nie mogłam używać go na dzień (filtr 6 to jednak jak dla mnie niziutki i dalece za mały na lato), więc dokończyłam go zużywać na noc - choć zazwyczaj na noc używam bogatych konsystencji przypominających bardziej masło niż wodnisty mus. Po nocy skóra była przyjemna w dotyku, mięciutka i sprężysta. Nie zauważyłam żądnego dyskomfortu podczas używania tego kosmetyku. Ogólnie kosmetyk ten miło mnie zaskoczył.

Polecam go na dzień (ale nie na lato- z powodu niskiego filtra) pod makijaż, cerom wymagającym nawilżenia, młodym, lubiącym lekkie formuły.
Ja byłam z niego zadowolona, ale jednak z powodu tej lekkości -  która mi nie przeszkadzała - nie kupiłabym go sama z siebie, bo ja zawsze wybieram kosmetyki o bogatej konsystencji. Ale ja mam cerę suchą, skłonną do odwodnienia, liczącą sobie latek 38.

Jeśli zaciekawiła Was ta marka to wiedzcie, że na pewno w przyszłości możecie się u mnie spodziewać jeszcze trzech jej recenzji.




12 czerwca

12 czerwca

Co mnie zesłabia w blogosferze czyli It make me sick...

14
 Co mnie zesłabia w blogosferze czyli It make me sick...


lub swojskie "Rzygać mi się chce..." 

A na co?

A na...

...tratataaam...

 kom za kom obserw za obserw

Iiiijooo, iiiijooo... i

czerwona lampka

czerwona lampka

czerwona lampka


Ludziska! Jeśli nic nie jesteście w stanie skomentować ot tak, po prostu,  czy też tylko z tego powodu, że coś Was interesuje i macie - lub nie macie, ale co tam, chcecie mieć - coś do powiedzenia w danej kwestii, jeśli [żaden] blog nie interesuje Was na tyle by go obserwować nawet bez wzajemności to się
( przynajmniej ode mnie)
od-obserw-cie i od-kom-cie!


Swego czasu zapisałam się do kilku grup na FB, które traktuję jako miejsce, gdzie można zaprezentować bloga, podlinkować nowy wpis - z kilku takich grup już się odpisałam, bowiem rzecz polegała tylko na szukaniu i dawaniu komów za komy i obserwów za obserwy.  Najbardziej rozczuliła mnie grupa "współpraca"- myślałam (o naiwności!) , że dotyczy jakiś pomysłów, projektów, propozycji na  blogową współpracę, a tam... zgadnijcie...
czerwona lampka
W tych grupach, z których się nie wypisałam ludzie bawiący się w kom za kom i obserw za obserw już chyba zakumali, że ja w to nie gram. Chcecie - obserwujcie, chcecie - komentujcie. Pokazuję Wam w grupie o czym bloguje, możecie zerknąć. Sama dzięki tym grupom namierzyłam kila ciekawych wpisów, niektóre blogi zaobserwowałam, czasem komentuję. Jeśli chcę i mam czas.

Pamiętam czasy (to było zaraz po wyginięciu dinozaurów, a konkretnie 6 lat temu) kiedy naprawdę nie każdy miał bloga, a ludzie blogi tak po prostu obserwowali i tak po prostu komentowali.


Zawsze interesuję się moimi Obserwatorami i Komentatorami,  lubię Ich/Was, szanuję i zazwyczaj suskrybuję, nierzadko regularnie komentuję. 


Komentowanie może być rodzajem promocji własnego bloga - i OK, niech tak będzie.
Ty mnie ja Tobie, jest w nas naturalna skłonność do takiej wzajemności. 
Ale jeśli w komentarzu do wpisu ktoś, kto ma bloga od 4 miesięcy i dwa wpisy proponuje mi ... już wiecie co...
czerwona lampka 
no to sorry, bardzo. To mnie, dziecino, nie obserwuj. I nie wymagaj, bym na siłę obserwowała Ciebie. Na Boga, prowadzę bloga 6  lat, przykładam się do tego, angażuję w to, traktuję poważnie, nie zaśmiecam tego mojego miejsca w Internecie byle czym, i nagle mam się prosić i zabiegać o obserwy i komy u kogoś... u kogokolwiek! I obserwować jakieś nudy. Lub blog, który zapowiada się, że zniknie tak szybko jak się pojawił. W imię czego?


I jeszcze jedna kwestia: czas.
Nie jestem gimnazjalistką, ani nawet studentką.
Mam swoją pracę, życie, sprawy. Poświęcając czas blogowi automatycznie wtedy nie mam go na inne rzeczy, bo czas się nie rozciąga. 
Gdybym ja miała klepać te komy za komy nie starczyłoby mi czasu na  to, po co tu się znalazłam - prowadzenie bloga. Po prostu. 


Nie dotyczy to Moich Czytelników, bo własnie przez to o czym powyżej nie mam u siebie martwych dusz na siłę. Na pewno przekłada się to na ich liczbę. Tym bardziej doceniam Ich/ Was, bo wiem, że jesteście u mnie z własnych chęci.



Dziękuję Wam za to i jak najczęściej zapraszam do siebie!



Copyright © 2014 Wszystkie moje bziki , Blogger