25 czerwca

25 czerwca

Blog w lipcu

Blog w lipcu


Oto rozkład jazy na blogu na miesiąc lipiec b.r. i czego na pewno możecie się u mnie niebawem spodziewać.


Na wstępie na


pierwsze dwa tygodnie lipca


zapraszam Was do istniejących wpisów - macie w czym wybierać: 1166 postów w głównych tematykach:












i na 




gdzie mam nadzieję w ciągu tych 14 dni bywać.


Moja nieobecność na blogu będzie związana z urlopem - nie chcę mówić gdzie, żeby nie zapeszyć. Ale pamiętajcie, że jeśli mama idzie do pracy i nie ma jej przy Was, to nie znaczy, że już Was nie kocha - i można tu szukać jakiejś analogii z moimi urlopami - mimo nieobecności na blogu będę o Was, czytających mnie, pamiętać, będę robiła milion zdjęć - również po to, żeby Wam pokazać to, co ja zobaczę, wreszcie wyjazd na pewno zaowocuje wpisami na blogu - i tymi sensu stricto związanymi z tym urlopem i takimi, o których jeszcze nie wiem, bo na nie jeszcze nie wpadłam, a tylko tak pokrętny umysł jak mój powiąże je z tym wyjazdem...



A w 

ostatnie dwa tygodnie lipca


zaproszę Was między innymi na:

  • relację z wydarzenia, jakim była szósta edycja See Bloggers - a będzie co opisywać i pokazywać, zdjęć nacykałam 2 tysiące to lekką ręką,




  • upominki, które stamtąd przywiozłam
  • miasto Łódź knajpiano i hotelowo - może tym razem pobyt w Łodzi był króciutki i wypełniony u mnie to głównie atrakcjami See Bloggers, tym niemniej tego tematu tradycyjnie też nie zaniedbaliśmy!
  • makijaże - po urlopie wrócę tradycyjnie wygłodniała makijaży, więc na pewno pojawi się coś w tym temacie
  • ulubieńcy czerwca i lipca - połączę ich razem tym bardziej, że czerwiec też był już upalny i letni

21 czerwca

21 czerwca

Suknia ślubna: jak znalazłam, wybrałam i kupiłam moją suknię ślubną

Suknia ślubna: jak znalazłam, wybrałam i kupiłam moją suknię ślubną




MROŻĄCĄ KREW W ŻYŁACH HISTORIĘ KUPOWANIA (nie mojej) SUKNI ŚLUBNEJ Z HAPPY ENDEM, w której miałam swój skromny udział już Wam tu opowiedziałam, teraz czas na zrelacjonowanie mojego kupowania.

Było to już trochę lat temu, ale nie brałam ślubu za okupacji ani za PRL-u, tylko w XXI wieku, i rynek sukien ślubnych funkcjonował dokładnie tak samo jak dziś.

Tu obędzie się bez żadnych momentów grozy, ale chyba będzie cokolwiek... oryginalnie.

Gdyż...

Kojarzycie program "SAY YES TO THE DRESS" gdzie:
wszyscy żeńscy członkowie rodziny/
18 druhen/
3 przyjaciele-geje/
mama i przyszła teściowa/
brat i 12 przyjaciółek/
przeróżne miksy w/w /
itp., itd., etc.
wraz z przyszłą panną młodą udają się do salonu sukien ślubnych wybierać tę wymarzoną kreację?

Rady, narady wszystkich wyżej wymienionych, wielkie rozterki panny młodej? Te emocje, łzy..?

A słyszeliście już o wielomiesięcznych poszukiwaniach sukni łącznie z odwiedzeniem salonu w Szczecinie, chociaż się mieszka na z Podkarpaciu?


No to u mnie niczego takiego nie będzie.

Ale za to do tego wpisu do woli dysponuję zdjęciami, i mogę Wam unaocznić o czym mówię.


Specjalnie dla Was wyjęłam teraz mój kalendarzyk, w 9/12 przedmałżeński ( gdyż ślub brałam we wrześniu) aby przypomnieć sobie szczegóły tej jakże ważnej transakcji.


A bo to było tak...

Wiedziałam, że suknię ślubną nalezy wybrać minimum trzy miesiące przed ślubem. Kupiłam sobie nawet ze trzy grube, drogie gazety typu" Twój/mój ślub".

I tak cztery miesiące przed TĄ datą, pewnego majowego dnia - jak widzę w moim kalendarzyku  była to środa - zostałam wysłana w drodze z pracy z przelewami do banku.

Niedaleko tegoż był salon sukien ślubnych i... po prostu tam weszłam. Był to pierwszy salon do którego zajrzałam.

Obejrzałam - szybko i sprawnie (może kiedyś Wam wyjaśnię w jakich okolicznościach przyrody zostałam podsumowana "najszybsza kobieta świata") wszystkie suknie, które tam były, spodobała mi się jedna kremowa, cała z [hiszpańskiej] koronki (od zawsze kocham koronkę!) na nieprzezroczystym spodzie, z amerykańskim dekoltem, i tę zażyczyłam sobie przymierzyć.

Było widzieć tę moją przymiarkę! To był zimny maj, i pod spodniami miałam skarpety... długie do pół łydki, w kolorowe pasy... Przecież nie planowałam na tamten dzień wizyty w salonie sukien ślubnych! I tak pierwszy raz zmierzyłam moją ewentualną suknię ślubną, do tychże skarpecior... 

I.........
i............
i............ to była moja ostatnia taka przymiarka.
Wybrałam.
TO TA.

Blitzkrieg. 

Szybsza niż błyskawica.


Suknia bardzo mi się spodobała, tylko, że chciałam taką śnieżnobiałą, ale pani sprzedawczyni mi to wyperswadowała i do mojego typu urody i włosów jednak doradziła mi kolor kremowy, ecru, taki, który mierzyłam. I na taki się zdecydowałam.

I tak wyglądał mój wybór sukni ślubnej!

Następnego dnia wróciłam do pobrania miary (razem z butami, żeby określić dobra długość), zdecydowałam się na (niewielki) tren i na bolerko. Zapłaciłam zaliczkę i czekałam na przymiarkę. Suknia była szyta w Rzeszowie.
Na marginesie dodam, że tren był podwiązywany na tasiemki (na ostatnim zdjęciu jest podwiązany) i na weselu i w trakcie szaleństw na parkiecie owe tasiemki mi się oberwały - i podpinał mi go na szpilki wyciągnięte z dekoracji sali jeden z gości (osoba towarzysząca, bo ja go wcześniej nie znałam),  pewien młody mężczyzna, o którym parę lat potem było słychać w naszym kraju gdy już został hmm... dość kontrowersyjnym projektantem mody.  Był potem i na pomponiku, i tu, i tam, i obawiam się, w "Super Expresie", i miał jakąś wystawę swoich prac, jakąś książkę o sobie, a Paweł Nastula w jego bluzie z kapturem znalazł się na okładce jednego czasopisma. Teraz mieszka i tworzy w Berlinie.


Po trzech miesiącach miałam przymiarkę - suknia wymagała jakiś niewielkich poprawek. Po 10 dniach, dwa tygodnie przez ślubem odebrałam suknię.
Kosztowała mnie wraz z bolerkiem - a był rok 2006: 1760zł.
Wg mnie - nawet  już wtedy - to nie było dużo. "Na oko" nigdy bym nie powiedziała, że ta suknia była tak... tania.

Nie miałam planu by kupić suknię tanią czy drogą, nie miałam żadnych założeń z góry, wybierałam dla siebie to, co mi się podobało.

Dodam, że zgodnie z moim przekonaniem, że dodatki nie mniej się liczą  i robią  [każdy] strój cała reszta razem: buty, welon, kwiaty, biżuteria, fryzjer, kosmetyki (bo malowałam się sama) kosztowały prawie drugie tyle co suknia. Ale dodatki to już inny temat.

Widoczny na fotach bukiet wybrałam na początku lipca - swoją droga byłam pierwszą klientką w kwiaciarni, która zażyczyła sobie ten bukiet: "Pani jest odważna i wie czego chce." tak mnie podsumowała kwiaciarka. Do bukietu "żywy" roślinny stroik do włosów. Owoce w stroiku i warzywa w bukiecie. Kwiaciarnia też była "tutejsza" -  a jej właścicielka wcześniej pracowała w Warszawie i robiła bukiety dla samych prezydentostwa Kwaśniewskich.
Jedną z zalet mieszkania na prowincji (takiej dobrze zaopatrzonej-moja taka jest), o której to prowincji pisałam w poście JESTEM Z PROWINCJI. NO I..? jest to, że można tu spotkać towary i usługi na poziomie stolycy, ale po prowincjonalnych (choć jak na prowincję drogich) cenach. 


A czy żałuję i kiedykolwiek żałowałam mojej szybkiej i bez egzaltacji oraz  wypraw w licznym (jakimkolwiek...)  towarzystwie decyzji?
Nie.
To był tak szybki jak i trafny wybór.
Wybrałam to, co naprawdę mi się podobało, i do czego byłam absolutnie przekonana - na tyle, że wiedziałam, że nie chcę już szukać dalej bo TO JEST TO.

Od tamtego czasu widziałam już wieeele osób, które dokonywały wyborów byle bzdety dużo dłużej niż ja mojej ślubnej kreacji...
Widziałam rozterki przy wyborze ręczników, czekanie na oświecenie przy zakupie butów sportowych, modlitwy nad parą przymierzanych spodni, medytacje nad sukienkami, debaty o torebkach, trzy próby podejścia do [tego samego] żakietu, risercze w środowisku lokalnym (dom i praca) na temat wyboru nowych oprawek okularów.
Czasem miewam w takich sytuacjach świętą cierpliwość, jeszcze doradzam lub po prostu się śmieję, ale innym razem mam ochotę co najmniej porządnie kopnąć w tyłek, a nierzadko i przywalić z liścia tak poważnie rozterkowanej osobie...




Na zdjęciach poniżej ucięłam moją i nasze facjaty - bo piszę tu o mojej sukni i jej kupowaniu, nie o moim ślubie.
Bukiet musi być widoczny, no bo nie sposób go uciąć, dlatego już o nim wspomniałam.



A jak u Was miała/ma/będzie się miała sprawa kupna sukni ślubnej?

Jest tu ktoś jeszcze ktoś oprócz mnie (bo w tzw. życiu pozablogowym nie słyszałam o takim przypadku) kto nikogo nie pytał o zdanie i radę?
I kto tak szubko się zdecydował na tę kreację?









19 czerwca

19 czerwca

PROJEKT LATO: KONIEC PROJEKTU - POCZĄTEK LATA :)

PROJEKT LATO: KONIEC PROJEKTU - POCZĄTEK LATA :)


Dobiegł końca nasz PROJEKT LATO,
ale -  lato zacznie się za to!

Stopą zadbaną dochodząc do tego zdarzenia
niech Wam złożę te oto życzenia:

Lata pełnego kolorów, zapachów,
niech Was słońce na urlopach z dala
od domowych pieleszy
wiatr niech Wam włosy czesze
A aura niechaj cieszy!



Na koniec tradycyjnie
wpisy Nails tale i ReznorBlog Wam polecę
sama Im za współpracę: Dziękuję!
I już Je czytać lecę.

17 czerwca

17 czerwca

NATURA ESTONICA BIO KREM POD OCZY GINSENG AND ACAI EYE CREAM

NATURA ESTONICA BIO KREM POD OCZY GINSENG AND ACAI EYE CREAM
Zapraszam na recenzję.



Krem NATURA ESTONICA BIO KREM POD OCZY GINSENG & ACAI EYE CREAM kupiłam zeszłej jesieni w sklepie stacjonarnym w Auchan Piaseczno.

"- Jaki tu jest najmocniejszy krem pod oczy?
-  W jakim sensie najmocniejszy?
- Przeciwstarzeniowym."

I pani poleciła mi własnie ten kosmetyk.

Mam wymagającą skórę pod oczami więc w sumie nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tym tanim (ok. 12 zł? za 15 ml) kosmetyku.

Teraz już go denkuję (w międzyczasie używałam i innych kremów pod oczy) i mam o nim wyrobione zdanie, którym podzielę się z Wami.



Kosmetyki znajduje się w plastikowej tubeczce ( bardzo lubię takie lekkie, praktyczne opakowania).

Info od producenta:



Skład:



Wg mnie:

- sprawdza się w swojej roli,
- znakomity pod makijaż,
- dba o delikatną, suchą i wrażliwą okolice oczu,
- ma działanie odmładzające i przeciwzmarszczkowe,
- jak na swoją cenę jest to najlepszy krem pod oczy jaki miałam, i ogólnie jeden z najlepszych takich kremów, a sporo już ich na sobie przetestowałam, i to nie szczędząc grosza (przez co rozumiem np. krem 10 razy droższy od tegoż),
- pojawił się u mnie w ULUBIEŃCACH LUTEGO, ale na dobrą sprawę od tamtego czasu jest ulubieńcem nieprzerwanie,
wydajny!,
- spełnia obietnice producenta,
polecam!



-

16 czerwca

16 czerwca

Pulanna krem Silk Peptide Cream

Pulanna krem Silk Peptide Cream
Zapraszam na recenzję!



PULANNA  to polska marka z Końskowoli inspirowana - i to od dawna! - tak teraz modną (przynajmniej deklaratywnie) azjatycką pielęgnacją.

Na wiosnę poczyniłam spore zakupy w sklepie internetowym tej marki...

https://www.instagram.com/p/BgCLJNAhqEH/?taken-by=wszystkiemojebziki




... i dzisiaj zapodaję Wam recenzję tego jakże ładnego kosmetyku jakim jest krem Silk Peptide Cream czyli jedwabno-peptydowy krem dla każdej cery, również wrażliwej. 




Info od producenta:



Skład:

Cena: 34 zł.



 Krem ma formułę białych kuleczek- perełek zawieszonych w żelu...



...do jego wyciągania mamy dodaną łyżeczkę...




... po wyciągnięciu musimy wymieszać oba składniki:




Wg mnie:

- przyjemnie się aplikuje i nosi,
- doskonała baza pod makijaż,
- mimo dość lekkiej konsystencji sprawdził się bez zarzutu na mojej suchej, wrażliwej skórze lat 38,
- jest bogatszy w formule (ma jakby więcej kuleczek a mniej żelu) niż PULANNA KREM REGENERACYJNY NA BAZIE WINOGRON GRAPE,
- nawilża,
- użyty na noc rano pozostawia skórę bardziej napięta i jędrną,
- krem spełnia swoje funkcje i obietnice producenta.

Polecam!


Sama mogłabym go spokojnie kupić po raz wtóry, ale na razie wolałabym poznać jeszcze mi nieznane produkty tej marki.

15 czerwca

15 czerwca

Wibo HD BODY FACE BRONZER Beach Cruiser kolor 02 cafe creme

Wibo HD BODY FACE BRONZER Beach Cruiser kolor 02 cafe creme
Zapraszam na recenzję !



Kosmetykiem tym zainteresowałam się w czasie promocji Rossmann na makijaż, oczywiście nigdzie go wtedy nie dorwałam.

Kupiłam po promocji w cenie regularnej za 27.99.

Czy jestem zadowolona z tego zakupu?

Czytajcie!


Produkt (aż 22 g) znajduje się w ładnym papierowym pudełeczku, które jest praktyczne, lekkie i cieszy oko (ja takie bardzo lubię), jest wytłaczany w liście palmy i intensywnie pachnie (kosmetyk perfumowany), ale tylko w opakowaniu, więc jeśli komuś przeszkadzałby jego zapach, to nie ma się czym martwić:



Info od producenta:




Kolor 02 to brąz raczej w stronę ciepłego niż neutralny...




A ja kupiłam go z myślą o konturowaniu, nie opalaniu - powiedzmy konturowaniu latem, gdyż temperatura jego koloru - cóż, zależy do czego porównać.


Na pewno jest cieplejszy niż INGLOT 505:





Ale zdecydowanie zimniejszy niż Pierre Rene BRONZING POWDER 01 Light Bronze:




Jego aplikacja to sama przyjemność, ładnie się rozprowadza na skórze i ładnie na niej wygląda - nie ma drobinek, ale pozostawia przyjemny, satynowy efekt. 
Wart swojej ceny - również i regularnej.


Wibo znowu się popisało!

Był jednym z moich ulubieńców maja, i zostanie nim pewnie tak gdzieś do października.


Spełnia obietnice producenta i polecam go!




14 czerwca

14 czerwca

O2skin OXYGEN tlenowy krem-żel na dzień

O2skin OXYGEN tlenowy krem-żel na dzień
Zdenkowałam wczoraj ten kosmetyk, więc już chyba pora, by skrobnąć Wam tu jego recenzję.
Co o nim uważam?
Czytajcie!


Info od producenta:




Cena to 64,99/50 ml.

Wg moich wiadomości dostępny jak na razie tylko on-line, w sklepie marki: http://sklep.o2skin.pl/

Spotkałam się z tą marką na Meet Beauty i nie ukrywam, że byłam jej bardzo ciekawa!
Kosmetyki O2SKIN znalazły się wśród UPOMINKÓW Z MEET BEAUTY więc teraz ja - a ze mną Wy- mamy szansę co nieco się o nich dowiedzieć.

O2SKIN to młodziutka (od 2017 r.) polska marka.
Krem zamknięty jest w szklanym pojemniku (na warsztatach podczas Meet Beauty dowiedziałam się, że kosmetyki z tlenem muszą być w szklanych opakowaniach) i miłym dla oka eleganckim kartoniku utrzymanym w biało-niebiesko-szarej kolorystyce.

Ma delikatny zapach lekką konsystencję wodnistego musu:





Wiedząc, że będzie to lekki krem-żel byłam z góry przygotowana na to, że użyję go kilka razy, będzie dla mnie zbyt lekki i oddam go siostrze, która jest młodsza i nie ma suchej skóry, i nie będę miała o to do nikogo o to pretensji. Tymczasem... na samym początku używania dałam siostrze małą odleweczkę, a potem... jak już wiecie - sama zdenkowałam go do końca.

Dobrze się aplikował, wchłaniał, sprawdził się jako krem pod makijaż.
Z powodu upałów potem nie mogłam używać go na dzień (filtr 6 to jednak jak dla mnie niziutki i dalece za mały na lato), więc dokończyłam go zużywać na noc - choć zazwyczaj na noc używam bogatych konsystencji przypominających bardziej masło niż wodnisty mus. Po nocy skóra była przyjemna w dotyku, mięciutka i sprężysta. Nie zauważyłam żądnego dyskomfortu podczas używania tego kosmetyku. Ogólnie kosmetyk ten miło mnie zaskoczył.

Polecam go na dzień (ale nie na lato- z powodu niskiego filtra) pod makijaż, cerom wymagającym nawilżenia, młodym, lubiącym lekkie formuły.
Ja byłam z niego zadowolona, ale jednak z powodu tej lekkości -  która mi nie przeszkadzała - nie kupiłabym go sama z siebie, bo ja zawsze wybieram kosmetyki o bogatej konsystencji. Ale ja mam cerę suchą, skłonną do odwodnienia, liczącą sobie latek 38.

Jeśli zaciekawiła Was ta marka to wiedzcie, że na pewno w przyszłości możecie się u mnie spodziewać jeszcze trzech jej recenzji.




12 czerwca

12 czerwca

Co mnie zesłabia w blogosferze czyli It make me sick...

14
 Co mnie zesłabia w blogosferze czyli It make me sick...


lub swojskie "Rzygać mi się chce..." 

A na co?

A na...

...tratataaam...

 kom za kom obserw za obserw

Iiiijooo, iiiijooo... i

czerwona lampka

czerwona lampka

czerwona lampka


Ludziska! Jeśli nic nie jesteście w stanie skomentować ot tak, po prostu,  czy też tylko z tego powodu, że coś Was interesuje i macie - lub nie macie, ale co tam, chcecie mieć - coś do powiedzenia w danej kwestii, jeśli [żaden] blog nie interesuje Was na tyle by go obserwować nawet bez wzajemności to się
( przynajmniej ode mnie)
od-obserw-cie i od-kom-cie!


Swego czasu zapisałam się do kilku grup na FB, które traktuję jako miejsce, gdzie można zaprezentować bloga, podlinkować nowy wpis - z kilku takich grup już się odpisałam, bowiem rzecz polegała tylko na szukaniu i dawaniu komów za komy i obserwów za obserwy.  Najbardziej rozczuliła mnie grupa "współpraca"- myślałam (o naiwności!) , że dotyczy jakiś pomysłów, projektów, propozycji na  blogową współpracę, a tam... zgadnijcie...
czerwona lampka
W tych grupach, z których się nie wypisałam ludzie bawiący się w kom za kom i obserw za obserw już chyba zakumali, że ja w to nie gram. Chcecie - obserwujcie, chcecie - komentujcie. Pokazuję Wam w grupie o czym bloguje, możecie zerknąć. Sama dzięki tym grupom namierzyłam kila ciekawych wpisów, niektóre blogi zaobserwowałam, czasem komentuję. Jeśli chcę i mam czas.

Pamiętam czasy (to było zaraz po wyginięciu dinozaurów, a konkretnie 6 lat temu) kiedy naprawdę nie każdy miał bloga, a ludzie blogi tak po prostu obserwowali i tak po prostu komentowali.


Zawsze interesuję się moimi Obserwatorami i Komentatorami,  lubię Ich/Was, szanuję i zazwyczaj suskrybuję, nierzadko regularnie komentuję. 


Komentowanie może być rodzajem promocji własnego bloga - i OK, niech tak będzie.
Ty mnie ja Tobie, jest w nas naturalna skłonność do takiej wzajemności. 
Ale jeśli w komentarzu do wpisu ktoś, kto ma bloga od 4 miesięcy i dwa wpisy proponuje mi ... już wiecie co...
czerwona lampka 
no to sorry, bardzo. To mnie, dziecino, nie obserwuj. I nie wymagaj, bym na siłę obserwowała Ciebie. Na Boga, prowadzę bloga 6  lat, przykładam się do tego, angażuję w to, traktuję poważnie, nie zaśmiecam tego mojego miejsca w Internecie byle czym, i nagle mam się prosić i zabiegać o obserwy i komy u kogoś... u kogokolwiek! I obserwować jakieś nudy. Lub blog, który zapowiada się, że zniknie tak szybko jak się pojawił. W imię czego?


I jeszcze jedna kwestia: czas.
Nie jestem gimnazjalistką, ani nawet studentką.
Mam swoją pracę, życie, sprawy. Poświęcając czas blogowi automatycznie wtedy nie mam go na inne rzeczy, bo czas się nie rozciąga. 
Gdybym ja miała klepać te komy za komy nie starczyłoby mi czasu na  to, po co tu się znalazłam - prowadzenie bloga. Po prostu. 


Nie dotyczy to Moich Czytelników, bo własnie przez to o czym powyżej nie mam u siebie martwych dusz na siłę. Na pewno przekłada się to na ich liczbę. Tym bardziej doceniam Ich/ Was, bo wiem, że jesteście u mnie z własnych chęci.



Dziękuję Wam za to i jak najczęściej zapraszam do siebie!



10 czerwca

10 czerwca

Kosmetyczni ULUBIEŃCY MAJA

18
Kosmetyczni ULUBIEŃCY MAJA
Najwyższy czas na ulubieńców maja! Oto oni:





WIBO BEACH CRUISER w kolorze 02
Używam go - chętnie i prawie codziennie - do konturowania. Chcecie dowiedzieć się więcej na jego temat w oddzielnej  recenzji?







              WIBO UNICORN TEARS BAZA POD MAKIJAŻ <klik>
Dzięki niemu wszelkie "za suche" i  "za ciężkie" dotąd podkłady nareszcie dobrze wyglądają na mojej buzi, trzymają się jej i nie wychodzą suchymi plackami pod wieczór.














CATRICE HD LIQUID COVERAGE 02 <klik>
To właśnie jeden z w/w przyciężkich i suchych dla mnie podkładów - nareszcie mam z niego pociechę bez żadnego "ale"! 
















BEAUTYBLENDER <klik>
Powtórzę jeszcze raz: jedyny i niezastąpiony. Ułatwia aplikację i poprawia wygląd każdego podkładu/kremu BB.




08 czerwca

08 czerwca

PROJEKT LATO: Bronze Goddess czyli ja a samoopalacze

12
PROJEKT LATO: Bronze Goddess czyli ja a samoopalacze


Zapraszam na kolejny wpis z serii PROJEKT LATO.

Dziś będzie o tym jak uzyskać wakacyjną opaleniznę - nieodłączny element urlopowej propagandy sukcesu - o każdej porze roku.

I w tym momencie nagle każemy się wypchać SEKRETOM URODY KOREANEK wraz z ich obsesją białej skóry. No pewnie, blada, jasna skóra,  co to za moda, wszak my mamy białą skórę.


Bronze Goddesss - taaak, dobrze powiedziane. Tyle, że mój typ urody to nie tylko nie Tiana - czarnoskóra księżniczka z "Księżniczki i żaby", nie Jasmina i nie Pocahontas, ale nawet nie nasza  swojska, słowiańska Jagna - dziewczyna o pszenicznym warkoczysku, pięknie zjarana na złotobrązowo od prac polowych.
Ja z kolorystyki przypominam Meridę Waleczną reprezentując sobą raczej celtycki typ urody. Blada, zimna, różowa cera, opalanie się na czerwono, wyłażące latem piegi/przebarwienia/jak zwał tak zwał/ i włosy w kolorze, dowolnie jak chcecie go nazwać, ostatnio zobaczyłam, że to



pozłacany blond.


Po sezonie urlopowym, gdy jestem opalona - wszyscy inni też są, więc przy nich znowu jestem blada ("A Asia się w ogóle nie opaliła." )

Kiedy pokazuję Wam makijaże typu

MAKIJAŻ INSPIROWANY JENNIFER LOPEZ

MAKIJAŻ MAJÓWKA W DUBAJU

MAKIJAŻ NATURALNY PODKREŚLAJĄCY OPALENIZNĘ: BELL

MAKIJAŻ PODKREŚLAJĄCY OPALENIZNĘ: MORZE I PIASEK

mam świadomość, że Wy może taki kolor skóry jak mój opalony to macie w środku zimy...



Cóż, piasek na plaży ma ziarenka różnego koloru


przyjmijmy, że ja jestem tym jaśniutkim.



I jako taka przetestowałam na sobie wiele różnych samoopalaczy.
Zaczęłam w zamierzchłym 1999 r., kiedy na rynku był dostępny (i to nie wszędzie) chyba jeden samoopalacz - dr Irena Eris, a przekonanie, że solarium jest zdrowe miało się jeszcze całkiem nieźle.
Wymyśliłam sobie, że odbiorę świadectwo naturalne z gołymi, pięknie (i sztucznie) opalonymi nogami... Posmarowałam się, czekam, (a jestem niecierpliwa, nie za dobrze u mnie z czekaniem), nic. Co prawda było napisane, że efekt pojawi się po 6 godzinach, ale co tam. Tym bardziej, że moja siostra wyrażała sceptycyzm co do skuteczności tego, jakże wtedy egzotycznego, specyfiku. Toteż posmarowałam nogi jeszcze raz. I jeszcze. Następnego dnia miałam nogi w kolorze mandarynki. Tudzież pomarańczy.Czy muszę dodawać, że wobec tego i tak ostatecznie poszłam w rajstopach? A przez ich (rajstop) naturalny kolor prześwitywał ten pomarańcz... potem z tydzień wstydziłam się pokazywać nogi... Ale ogólnie perypetii z samoopalaczami mi nie brakowało.
Zasadniczo w opaleniźnie mamy wyglądać zdrowiej, nie chorzej oraz atrakcyjniej, a nie podejrzanie, a to nie zawsze mi się udawało: "Co ci jest?" "Wyglądasz jak żółtko" -  tak, tak, takie teksty nie zostało mi zaoszczędzone...



Temat tego, że samoopalacze śmierdzą palonym włosem pominę zupełnie - cóż chcesz być piękna, to cierp :)

Ale najgorsze jest to, że:
a ) pozostawiają smugi
b) często barwią skórę na pomarańczowo zamiast brązowo- złoto

Do tego:
- brudzą ubrania,
- lubią wysuszać skórę,
- do perypetii z nimi związanych należy tez rejon dłoni: efekt białych rękawiczek na ich wierzchu, albo/i pomarańczowe wnętrze dłoni.



Na mnie jak dotąd najlepszy efekt dawał, lata temu,   balsam stopniowo opalający Garnier, taki w żółtym opakowaniu - wycofali go z rynku, z tego co pamiętam jego skład był nawet powodem zgonów...

Sprawdziła mi się samoopalajaca mgiełka arganowa Bielendy
oraz na twarzy, szyi i dekolcie (bo to małe opakowanie przeznaczone własnie do twarzy)
BIELENDA ARGAN BRONZER ARGANOWY KONCENTRAT BRĄZUJĄCY
Z polecenia Nails tale kupiłam i używałam Avon samoopalacz w musie
Mam go też w zapasie na ten sezon - ale jakoś boję się użyć.
Podobał mi się delikatny efekt jaki dawała chusteczka samoopalająca Vichy do cery jasnej - ale tych chusteczek dawno już nie ma, a nie wiem czy inne produkty tej marki są równie dobre.
Idealnego samoopalacza nie spotkałam.
Kto jest blady i /lub boi się za mocnego efektu i smug - polecam kosmetyki stopniowo brązujące.
Lęki przed smugami pomoże także przezwyciężyć kosmetyk brązująco (czyli  efekt widoczny natychmiast) opalający - kiedyś L'Oreal miał bardzo fajny taki właśnie żel.  Czemu teraz go nie ma??? Może ogólnie jeszcze istnieje - poszukam w  Internetach.

Kto chce poprawić wygląd nóg (i mieć pewność, że nie skończy jak ja, wyżej opisana mandarynka) ten niech sięgnie po zmywalne (na zasadzie bronzera) rajstopy w sprayu - polecam te Sally Hansen,  oraz kosmetyk Soraya ideal beauty Body Make up.



Życzę powodzenia w sztucznym samoopalaniu i przypominam, że zawsze pozostaje jeszcze nosić z godnością swoją bladość.



A jakie są Wasze doświadczenia z samoopalaczami?


Zapraszam Was już teraz do Nails tale i ReznorBlog 
na ich samoopalaczowe letnie wpisy :)

05 czerwca

05 czerwca

Kupowanie sukni ślubnej: mrożąca krew w żyłach historia z happy endem

Kupowanie sukni ślubnej: mrożąca krew w żyłach historia z happy endem




Sezon ślubny trwa na całego, zresztą jak co roku o tej porze.  Na pewno wiele z Was dotyczy, dotyczyła lub dotyczyć będzie ta emocjonująca i,  nie oszukujmy się, jedyna w swoim rodzaju kwestia ubraniowa, jaką są poszukiwania sukni ślubnej - dla siebie, przyjaciółki, siostry, córki, itp., itd., etc.


Ja z zamiarem napisania tego posta noszę się już o wiele za długooo i teraz czas to zmienić do czego przystępuję po tym, jak jakiś portal znów przypomniał kreacje ślubne Brooke z "Mody na sukces" ze wszystkich jej stu ślubów, a salon sukni ślubnych sromotnie zawiódł Olę z "Klanu" (o, czyli scenarzyści jednak wiedzą coś o życiu). Moja historia, wierzcie mi, też będzie trzymała w napięciu.  Niech "Klan" się schowa!

Inny powodem, dla którego poruszam ten temat właśnie teraz jest to, o czym już nie raz pisałam w moich perfumowych podróżach w czasie <klik> 
"Zapach jest najtrwalszą formą pamięci ” (...) pamięć olfaktoryczna jest wieczna i niezależnie od naszej woli , wraz ze znaną nutą zapachową, uruchamia w naszej świadomości obraz chwil z przeszłości, reminiscencje minionych zdarzeń..."
czyli
wspomnienia - poruszone w minionym miesiącu bowiem w celu już ostatecznego  ich zdenkowania  używałam bez przerwy perfum (choć pogoda była już letnia, a dotąd zawsze używałam ich tylko: a) wiosną - bo wtedy pierwszy raz poczułam ten zapach, b) by dodać sobie otuchy, kiedy czułam, że potrzebuję dużo pozytywnych wibracji) , które dostałam w podziękowaniu za mój udział w tejże historii.
Mowa o Dior Miss Dior Cherie:




I już wracamy  do mojej historii z tytułu posta.
Tzn.  historia moja, gdyż ja ją Wam tu zaraz opowiem, ale nie o mojej sukni ślubnej - ta kiedy indziej - dzisiaj wybrałam tę suknię, której historia zdecydowanie bardziej trzyma w napięciu, niż moja, a w której  to historii miałam i ja swój skromny udział, i musicie wiedzieć, że kosztowała mnie - osobę trzecią - daleko więcej nerwów niż moja własna ślubna kreacja! 

Przyszłą panna młodą, o której tu mowa była moja koleżanka. To osoba zrównoważona, opanowana, wyważona,  poukładana, zorganizowana, która dokładnie wie czego chce. Nie cierpi na impotencję decyzyjną, kliniczne niezdecydowanie, wrodzony brak własnego zdania,  panikowanie, histerie i inne sprawy, które czynią z człowieka koszmarnego klienta, który koniec końców i tak nie jest zadowolony, albo i nawet jest, ale za to całkowicie bezzasadnie, bo przez swoje podejście do sprawy kończy z jakimś badziewiem. Słowem zdawałoby się, iż takie osoby jak moja koleżanka omijają jakieś dziwaczne historie dowolnego tematu.
 
Na dodatek salon, o którym będzie tu mowa to salon "Ą- Ę", drogi i ze słówkiem "EXCLUSIVE" w nazwie, który ma w Polsce sieć, a w Warszawie lokal w samym centrum stolicy. Czyli szukajcie gdzieś niedaleko Rotundy, bo to jest samo centrum centrum. Nie chcę go wymieniać z nazwy, ale chcę, żebyście mieli świadomość o salonie jakiej kategorii mówimy. Czyli też jakby żaden tekstylny horror nie ma prawa wydarzyć się w lokalu tej klasy. Tak by się zdawało.

Swoją suknię ślubną wybrała na spokojnie i długo przed ślubem, może nawet przed jego perspektywą, tego pewna nie jestem - po prostu zobaczyła ją w salonie, gdy była ze swoją koleżanka jako osoba towarzysząca, i stwierdziła, że to ta. Gdy ona będzie brała ślub, to w tej sukni. Tyle w kwestii wyboru.  (Mówiłam: żadnej impotencji decyzyjnej i, jak to czasem bywa w tej sytuacji, niekończącej się konsultacji z połową żeńskiej populacji tego kraju!)
Gdy miała datę ślubu wyznaczoną na wrzesień po prostu udała się tam już w kwietniu i zapłaciła ładną zaliczkę. Wszystko na spokojnie, nic na wariata. Suknie były szyte i sprowadzane z Hiszpanii, a to musi trwać. I musi kosztować. Wiadomo.


Suknia - była to piękna, bardzo elegancka suknia ze szlachetnej tkaniny jakim jest naturalny jedwabny szantung -  Manuel Mota (hiszpański projektant) dla Provias, model CANADA. Pasujący wysokim i szczupłym dziewczynom.
Widziałam ją potem na aukcjach, gdzie używaną wystawiano za 7800 zł - a był to rok 2009!  Przypominając sobie to teraz natrafiłam na trochę informacji o ślubach celebrytek, które również wystąpiły w roli panien młodych właśnie w sukniach Manuela Mota. 

Zrobiłam Wam tu zdjęcie tego modelu (do wyboru opcja pas oraz tren) - ale baaardzo poglądowe



jeśli jesteście bardziej ciekawi o czym mowa i tego jak wspaniale prezentują się suknie ślubne z naturalnego jedwabiu (szantung, mikado, czy co tam jeszcze)  poszukajcie sobie więcej w Internetach.



No i naszedł początek września. Czas przymiarki. Wyobraźcie sobie, koleżanka poprosiła mnie o towarzyszenie jej podczas tej przymiarki, bo jej mama nie mogła, i żebym ja pojechała z nią. Była to dla mnie tak wielce zaszczytna i miła jak i zaskakująca propozycja - no wiecie, na takie przymiarki to nie bierze się pierwszej lepszej osoby. Zgodziłam się oczywiście, i jakoś w pierwszym tygodniu września wybrałyśmy się do Warszawy, w końcu jej mama też mogła, i pojechałyśmy we trzy. Moje doświadczenie w tej kwestii  wtedy sprowadzało się do wyboru i  kupna mojej własnej sukni ślubnej.  Wkrótce miałam zyskać nową wiedzę na ten temat.

Koleżanka przymierzyła suknię - suknia była za krótka, a jakby tego było mało podwinięcie po tym nieszczęsnym skróceniu jeszcze ciągnęło się, bo było krzywe. Źle leżała też góra, z tyłu na łopatce. 
Więc mówimy tym paniom z salonu, no nie halo, to i to jest źle. A one: jest dobrze. 
Łaziłam na czworakach, patrzyłam, zapomniałam o bożym świecie. Jakby nie patrzeć wniosek wciąż był ten sam:
Suknia jest za krótka.
A pani z salonu: bach na kolana i zaczyna ciągnąć tę nieszczęsną, ściągniętą krzywo końcówkę sukni w dół, trzyma ją  i uderza w te słowa: " Tak będzie dobrze."
"Czy pani będzie tak ciągnęła jej tę suknię w drodze do ołtarza?!!"
No i tak jakoś to szło, my że nie jest dobrze, panie z salonu - że jest, mnie szlag już trafiał, mama panny młodej bardzo się zdenerwowała, a najbardziej zainteresowanej raz coś się głos załamał, co dla mnie było heroicznym wyczynem i opanowaniem, którego chyba nigdy nie zapomnę,  bo ja na jej miejscu ryczałabym, ba, wyła, tak, że by mnie było słychać na 10-tym piętrze pobliskiego Forum/Novotel.
Fantastiko. Chyba jesteśmy , qrwa, nie w tej bajce co trzeba. Ekslusive, ale niefajno.

Nie pamiętam po ilu wymianie zdań stanęło na tym, że nie uwierzycie - no panie też stwierdziły, że w tym co zapodały nie da się iść do ślubu. Sukces, sama się przy tym kategorycznie upierałam. Suknia musi być następna, i muszą jej już nie spieprzyć. Super. A kwestia tego, że szyje się ją i sprowadza do Polski miesiącami, a za dwa tygodnie ślub? "Proszę pani, mamy tu całe hale tych sukien!" O. A to ci nowina. To po co te ceregiele, te zadatkowania pół roku wcześniej? Chyba dla stworzenia niepowtarzalnej atmosfery wyjątkowości i luksusu. Noooo, co do stworzenia niepowtarzalnej atmosfery, to w tym wypadku udało się na 100%, dodatkowo dostarczyło to wrażeń niezapomnianych.

OK. Potem nastąpił wybór welonu, no i w następnym tygodniu (tydzień przed ślubem) miała się odbyć przymiarka. Znowu pierwsza przymiarka. Wychodzi na to, że i ostatnia. 
"- Ale ta suknia będzie gotowa za tydzień?" jeszcze się upewniałam przed wyjściem - i teraz już nie zawalicie?"
A panienka mi na to:
"- Ale welon jest dobry." 
Ale welon jest dobry.
ALE WELON JEST DOBRY!
ALE.WELON.JEST.DOBRY.
Ludzie, trzymajcie mnie! Plus pierdyliard, qrwa, punktów do samooceny salonu!  Gdyby mój wzrok mógł zabijać, panienka nie uszłaby z życiem.
"- Welon to za mało." wycedziłam.

Powiem Wam, że po tej wizycie wyszłam czerwona, ze zmierzwionym włosem, a wieczorem w domu  padłam ze zmęczenia usnąwszy przy zapalonym świetle, co nie zdarzyło mi się od czasów jakiejś biby studenckiej.

W następnym tygodniu była nowa suknia, już bez żadnych usterek, koleżanka pojechała ją odebrać sama, i wszystko dobrze się skończyło.



Od tamtej pory gdy zdarza się w sklepie, że ktoś mówi, że coś jest dobre i zaczyna to ściągać w dół: mi momentalnie zapala się czerwona lampka i widzę "Czy pani będzie tak ciągnęła jej tę suknię w drodze do ołtarza?!!" w sekundę robię się czerwona jak burak,  na zasadzie psa Pawłowa, odruch warunkowy, i nawet pianę z ust mi się chce toczyć. Nigdy, przenigdy tego przy mnie nie próbujcie,  mówcie po prostu: za krótkie, bo inaczej mogę Wam przylać!


Po co opowiedziałam tę historię?

Terapia po traumie? Może. Ale przede wszystkim: nie dajmy się zwariować. Absolutnie nie odradzam, nie potępiam exklusiv salonów, jeśli tam jest Wasza suknia - to ją kupcie. W salonie w samym centrum Wawy, NY, Mediolanu,  Wszechświata. Ale jeśli podoba się Wam jakaś inna, która nie znajduje się w takowym salonie - jesteście głupie jeśli szukacie nadal i uważacie, że choć to Wasz model, ale jest za tania i salon jest za mało luksusowy i w za małej miejscowości  (znam i takie przypadki, ale to może kiedy indziej). A magia (oprócz rzecz jasna magii cen) takich salonów: niech ten salon wygląda luksusowo, jak pałac, jak bajka, cudowna oprawa dla wyboru tej jedynej sukni ale czy przywdziejesz na siebie w czasie ceremonii jego wypasione mebelki? Opisana historia odczarowała dla mnie takowe przybytki!  "Najwznioślejszy nawet lament kończy się wytarciem nosa" (Cioran). Co wynika z tego dla nas, Panie Cioran, filozofie egzystencjonalisto? Ano to, że dla najekskluzywniejszego salonu pracują tylko: ludzie. Shit może zdarzyć się wszędzie.  A to, że trzeba dużo wcześniej zamawiać i zadatkować, bo to jest takie skomplikowane taką suknię uszyć, sprowadzić i może same małe wróżki tkają na nią materiał, a potem na skrzydłach motyla przybywa ze słonecznej Hiszpanii do naszego kraju w Europie Środkowo-Wschodniej. Wcześniej może i bym uwierzyła, teraz: weź nie pitol.




Ciekawi mojej sukni ślubnej i jak jej szukałam? A butów? Dodatków?

A jakie są  Wasze doświadczenia i zdanie na temat taj jakże frapującej kwestii poszukiwania sukni ślubnej? Jakieś przygody? Dramaty (oby z happy endem)?




04 czerwca

04 czerwca

WIBO UNICORN TEARS baza pod makijaż - recenzja

14
WIBO UNICORN TEARS baza pod makijaż -  recenzja
Jakie są łzy jednorożca?


Czytajcie!






Info od producenta:


Cena ok. 22 zeta.


Urocze, szklane i różowe opakowanie z pipetą kryje różowy, połyskliwy kosmetyk o słodkim zapachu:




Co o nim sądzę?

Na skórze nie pozostawia żadnych drobinek.

Szybko się wchłania, nie powoduje rolowania się kosmetyków, kolejne kosmetyki dobrze się na nim przyjmują. Jego aplikacja to czysta przyjemność.

Stosuję go na krem na dzień (jako bazę pod podkład) - mam za suchą skórę, żeby sam tylko ten kosmetyk wystarczył mi pod makijaż.

Rozsądna cena za kosmetyk dobrej jakości, Wibo po raz kolejny zachwyca mnie, tym razem i designem opakowania i jego zawartością.


Znakomicie sprawdza się we wszystkich wymienianych przez producenta rolach: 
bazy pod podkład/bazy pod pomadkę/serum na noc.

Jeden z moich obecnych ulubieńców.

Polecam - przynajmniej tym, którzy nie mają jakoś szczególnie tłustej skóry, bo kosmetyk wydaje mi się dosyć treściwy.

Copyright © 2014 Wszystkie moje bziki , Blogger