02 lipca

02 lipca

JAK ASIA POSZŁA NA STUDIA CZYLI JAK WYGLĄDAŁA REKRUTACJA NA STUDIA 20 LAT TEMU

22 lata żeby być precyzyjnym.

Ponieważ to ten czas, ten dzień - wyników matur i na ich podstawie rekrutacji na studia - dzisiaj mała podróż sentymentalna do mojej - nomen omen - historii w tym temacie.

Był podówczas rok 1999 - być może niektórzy z Was pamiętają, że takowy się wydarzył, a dla innych zapewne jest już on oddalony od dnia dzisiejszego jak wojny punickie. Rzeczywiście, wiele - jak nie wszystko - się od mojego pójścia na studia zmieniło. Również w sposobach i formach rekrutacji.

Po pierwsze - wówczas obowiązywały egzaminy wstępne na studia, a matura to matura i tyle. Niektóre uczelnie i kierunki dopuszczały konkursy świadectw maturalnych - i były one dość marne. Tzn. te uczelnie i owe kierunki. Albo dotyczyło to tylko trybu wieczorowego i zaocznego studiów - czyli płatnego. A ja szłam na studia dzienne. Bezpłatne - w sensie braku czesnego. Na uczelniach państwowych.  Mowa o czasach, kiedy maturzystami był wyż demograficzny przełomu lat 70-tych i 80-tych i to on zabijał się o miejsca, szczególnie na najbardziej obleganych kierunkach. Komu noga się powinęła ten szedł do jakiejś - lepszej lub gorszej - uczelni prywatnej, które wyrosły wtedy jak grzyby po deszczu. 


Wymagania uczelni znałam z...  takiej grubej książki INFORMATOR DLA MATURZYSTÓW 1999 wydanej przez wydawnictwo Perspektywy. 




A tak. A nadal go mam. I trzy-mam.




Szłam na historię na Uniwersytet Jagielloński  i Uniwersytet Warszawski. Prawie wszyscy z mojej klasy, jak i szkoły, wybierali się do Lublina (choć Lublin był 100 km od nas a Warszawa 60 km),  ale ja pamiętałam Lublin z wycieczki szkolnej w drugiej klasie podstawówki - nie zrobił na mnie wtedy dobrego pierwszego wrażenia, a hot-dog, którego kupiłam (mówimy o roku 1989!) był tak okropny, że musiałam wywalić go do śmietnika. Był mi ów hot-dog srogim memento i tego Lublinowi nie wybaczyłam aż do lat 2010-tych. Wolałam już nie zostać magistrem niż studiować w Lublinie.

Po odebraniu świadectw maturalnych zaczynał się ruch tzn. trzeba było skompletować wymagane dokumenty, wziąć je w garść i... pojechać na miejsce je złożyć

Mam tu taki własnie folder - czyli teczkę  - dokumentów, gdyż w tak opisanej należało je złożyć na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.



Była to dla mnie wyprawa, pojechałyśmy z moimi dokumentami wraz z Mamą, pierwszy raz- nie licząc przejazdem w drodze w Pieniny z wycieczką szkolną w 1997 - byłam wtedy w Krakowie. Jednakże Kraków marzył mi się od dawna, i dnia 10 czerwca 1999 stanęłam na miejscu - pamiętam, bo  był to ten dzień, kiedy papież wizytował Siedlce, a moja miejscowość rodzinna znajduje się w diecezji siedleckiej, toteż sporo osób pojechało wtedy do Siedlec a my - do Krakowa. Opisałam tę tu teczkę siedząc na schodach Wydziału Historycznego, obok mnie siedziała dziewczyna z Tychów (nikłe miałam wtedy pojęcie  gdzie są Tychy), ale jakoś mi to marnie wyszło to opisanie, i Mama poszła szukać gdzie kupić drugą białą teczkę, a ta mi - jak widać - została. Tak samo - choć bez teczki - składałam dokumenty w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, ale tego nie pamiętam za bardzo, bowiem nie była to dla mnie żadna wyprawa, bo już wtedy w Warszawie byłam jak u siebie. Tylko tyle pamiętam, że na pierwszym piętrze wisiały na ścianie fotografie pracowników Instytutu z ich zwierzętami, i prof. Marcin Kula miał szczura, na zdjęciu właściciel i zwierzę, podpis: " Szczurek Kula". O, fajne miejsce!


Po złożeniu dokumentów należało czekać.

Informacja o zakwalifikowaniu się do egzaminów i ich datach przychodziła pocztą. Pocztą Polską.




W Warszawie nocowałam u wujostwa - z Mamą, bo wujostwo było akurat na urlopie, natomiast do Krakowa wyprawiłam się sama i nocowałam w akademiku. Ciocia z wujkiem odprowadzili mnie na pociąg, na peronie przed odjazdem usłyszałam jak jakaś kobieta mówiła do mężczyzny : "Wyślę Ci to mailem." Wow, to oni posługiwali się e-mailem. Tajemniczym e-mailem! 

Zaznaczam, że za tzw. moich czasów nawet w szkole, w liceum, nie było Internetu! A ci, co mieli go w domu łączyli się za pomocą telefonu (stacjonarnego oczywiście), czym blokowali sobie telefon i za co płacili bajońskie sumy. Ja nie miałam w domu komputera. Telefonu stacjonarnego też jeszcze nie (to długa historia) - czyli to zupełnie jak dziś :)

Pojechałam do Krakowa zaopatrzona w żółty budzik, który kupiła mi Mama (komórek nie było), plan miasta, i cztery wielkie smażone kotlety schabowe, które dała mi ciocia, i które wywaliłam od razu po przyjeździe, co do dzisiaj leży mi trochę na sumieniu. Nocleg miałam w  Bursie Jagiellońskiej, w pokoju wraz z dwoma innymi dziewczynami - jedną z Dębicy i jedną z Ustrzyk Górnych. Niestety, nie było wtedy komórek i już nigdy więcej nie miałam z nimi kontaktu, nawet nie wiem, jak poszły im egzaminy... W akademiku na dwa pokoje przypadała jedna łazienka, i moje zdziwienie było wielkie, że w drugim pokoju naszego segmentu nocował jakiś chłopiec, co na egzaminy przyjechał z... matką. Cóż za niesamodzielność. Szok. 

Kraków był dla mnie wspaniałym, dalekim, tajemniczym, pełnym historii i literatury miejscem od kiedy naczytałam się wspomnień Magdaleny Samozwaniec"Maria i Magdalena" oraz "Reflektorem w mrok" Boya-Żeleńskiego, czyli od jakiejś klasy czwartej podstawówki. Ale to, nomen omen, inna historia. . 


A propos braku komórek: żeby zadzwonić do Mamy na jakiś telefon stacjonarny, że jestem na miejscu i jest OK musiałam znaleźć ... budkę telefoniczną. Więc kiedy do jakiejś, spacerując po mieście w oczekiwaniu na zameldowanie w akademiku dotarłam, to dopiero zadzwoniłam.  Pamiętam, iż (ta budka) miała widok z jednej strony na Wawel, a z drugiej na Kossakówkę, o której tyle się naczytałam w w/w książce Samozwaniec. 


Po egzaminach należało czekać na wyniki. Przychodziły ona, a jakże: Pocztą Polską.


Szybko przyszły te z Krakowa, bo egzamin był jeszcze w czerwcu.






 Po ich otwarciu popłakałam się ze szczęścia, po czym... pojechałam zdawać na UW. 




A kiedy przyszło mi wybierać wybrałam uczelnię: bliżej domu, w swojskiej stolicy. UW było najlepszym uniwersytetem w Polsce, no  UJ najstarszym i hmmm historycznym prestiżowym, więc stały u mnie na równi. Zadecydowały względy tak sentymentalne jak i praktyczne. 

Tym samym wybrałam moje dalsze życie, także jak się później okazało, mojego Męża, no i Przyjaciół i Znajomych - są nimi do dziś. A dziś, po 22 latach, mogę z cała pewnością stwierdzić, że to był dobry wybór. Mimo tego, co czasem mówię ("A było posłuchać Babci i iść na farmację!") wiem, że drugi raz zrobiłabym to samo. (Kojarzycie film Czy Peggy Sue wyszła za mąż ?) 

Tym sposobem zaczęłam też fantastyczny czas w życiu i życie studenckie - ale to już osobna , nomen omen, historia :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zachęcam do pozostawiania komentarzy i z góry za nie dziękuję :)
Zaglądam na blogi moich Komentatorów, i najczęściej również je obserwuję.
Komentarze zawierające link nie będą publikowane, potrafię Was znaleźć! :)

Copyright © 2014 Wszystkie moje bziki , Blogger