20 marca

20 marca

Jestem z prowincji. No i..?



Miałam ten wpis poczynić już razy kilka, i za każdym razem ten pomysł się rozmywał, bo to dla mnie jakoś nie był temat, inne zajmowały jego miejsce. Ale temat jako temat jest, i ja też dorzucam tu moje trzy grosze. Wiem, że niektórzy - również z mojej prowincji - strasznie oburzają się na samo to słowo.



A dla mnie Polska to kraj prowincji.
W istocie, to w ogóle wyrastający z kultury wiejskiej.
No ale wieś jest wieś, a czym jest prowincja?
W moim odczuciu to większość Polski, większość z nawet (dla mnie nie nawet) byłych miast wojewódzkich. I wszelkie mniejsze i większe -  nawet te powiatowe - miasteczka i miasta.
No właśnie, u nas jest tylko wieś i miasto, nie ma rozróżnienia na city, metropolię i town.
Prowincja to dla mnie wszystko poza city.
Poza Warszawą, Trójmiastem, Aglomeracją Katowicką, Poznaniem, Krakowem, Wrocławiem... 
O Szczecinie nie mam zdania, nigdy nie byłam w tamtych stronach.
Są też miasta, które kiedyś były ważnymi ośrodkami, dziś mają do zobaczenia wiele ciekawych miejsc i zabytków. Ale dziś to już nie city.

Niewiele u nas nieprowincji.

A ta moja?
To powiatowe miasteczko na Mazowszu, ale u styku z Podlasiem i Lubelszczyzną. Nie piszę jakie, bo to moje dane, nawet, jeśli będziecie wiedzieć, to tu  ja tego Wam nie podam.
W moim odczuciu od zawsze jak w piosence  Zauchy:"knajpa, kościół- widok z mostu."
Chociaż się rozwija, moje odczucie pozostaje to samo.

Ale w realu od zawsze nie mam problemów z przyznawaniem się skąd jestem, gdzie mieszkam.
Na przestrzeni lat obserwuję, że to nie jest takie oczywiste dla każdej osoby pochodzącej z prowincji/ pipidówka/dziury zabitej dechami/mieściny/nazwijcie to jak chcecie.
Nigdy nie miałam fałszywej dumy, że miejscowość, z której pochodzę jest jakaś znaczna czy wyjątkowa pod innymi poza w/w względem.
Może dlatego łatwo mi było znieść to, o czym napiszę poniżej.
Nigdy się nie wstydziłam, i nie wstydzę, że jestem z miasteczka.
Nie mam kompleksów.

Prowincjonalny wstyd i kompleksy wg mnie objawiają się na dwa podstawowe sposoby:

1) Nie przyznaję się, skąd jestem, podaję większą miejscowość leżącą w promieniu 5/10/50 km.
2) Tkwię w ułudzie, że moja miejscowość po prostu NIE JEST prowincją: Mamy basen, dwa parki! Naczelnik tu kiedyś nocował! Kościuszko tu gdzieś sikał pod drzewem! Krzywousty tu umarł! Tak tu ładnie!" A to na prowincji nie może być ładnie, to automatycznie oznacza brzydotę?

Kiedy rozpoczęłam studia na największej polskiej uczelni, w stolicy kraju, myślałam, że spotkam tam przede wszystkim całą Polskę, prowincjonalną, tymczasem zdziwiłam się jak wiele osób jest z...Warszawy i jej najbliższych okolic! Często absolwentów renomowanych warszawskich liceów. Większość z nich nie miała żadnego problemu z tym, że jestem z prowincji. Nie pamiętam, by ktoś miał. A na lektoracie z łaciny całe dwa lata byłam jedyną w grupie osobą, która nie ukończyła znanego warszawskiego liceum z tradycjami.
Ale ludzie z małych miasteczek czy wsi wstydzili się przyznawać skąd są, czasem słyszeli-śmy komentarze: "A u Was to na noc asfalt zwijają", ludzie się krępowali i wstydzili nawet w żarcie to słyszeć.  ("Bo tak naprawdę to ja nie jestem z Leska. W Lesku tylko chodziłem do liceum. Jestem ze wsi spod Leska."  A jaka to różnica? Ja wtedy nawet nie wiedziałam, gdzie to całe Lesko jest!) No to zwijają. Przy czym Warszawa ogólnie jest specyficzna i nielubiana w reszcie kraju. Pewnie właśnie i dlatego, że ile jest "prawdziwych" przedwojennych warszawskich rodzin, niewiele, poza nimi każdy z Warszawy jest z prowincji, i jak sam ma/miał z tym problem, to jak już dorobi, dochrapie się meldunku w stolicy, to dokucza innym wykazując swą wyższość mniemaną.
Nawet jeden profesor w czasie zapisów na jego zajęcia (zaczynające się o godz.18-tej w piątek!) pytał, czy chcę na nie uczęszczać dlatego, że mam takie zainteresowania, czy dlatego, że mi pasuje autobus powrotny... [sic!]
Ale może mi było łatwiej, bo nigdy nie miałam złudzeń co "wielkości" miejscowości, z której pochodzę, i naprawdę od zawsze byłam święcie przekonana o tym, że miejsce pochodzenia/zamieszkania nie definiuje mnie.
W moim, jedynym w mieście, liceum ogólnokształcącym już nie tyle inni uczniowie, co niektórzy nauczyciele (tak, miałam "wspaniałych" nauczycieli w szkole średniej!)   dokuczali i dogadywali niektórym uczniom, że są ze wsi! To było strasznie daleko od wspomnianych wyżej renomowanych warszawskich liceów! Wg mnie to również już bardzo daleko od wartości takich jak lokalny patriotyzm i duma, to nawet nie jest totalny brak klasy: to ciasny umysł, takowe horyzonty, zwykłe chamstwo i prawdziwa prowincja umysłowa. Tylko takiej należy się wstydzić. Nigdy nie mogłam tego zrozumieć, nie czułam się lepsza od dzieci ze wsi, ale i nie czuję się gorsza wobec ludzi z wielkich miast. Toteż ja nigdy nie cudowałam z miejscowością, z której pochodzę. Gdzieś na drugim końcu Polski dodawałam orientacyjnie, że to 60 km od Warszawy, no ale w samej Warszawie to by nic nie mówiło...

 Studia zaczęłam na sam koniec lat 90-tych.

A już od tamtego czasu zmieniło się wiele, świat dzięki technologiom dopiero się skurczył! Dzięki Internetowi mogą dotrzeć gdzie chcę i skontaktować się z całym światem. A poza tym mogę fizycznie udać się tu i tam. Dziś, inaczej niż w średniowieczu, powietrze miejskie nie czyni już wolnym. Luksus, to dom pod miastem, na wsi, czy już w jego administracyjnych granicach.
Świat to globalna wioska.
Jak można się przy tym wstydzić, że pochodzi się czy nadal mieszka w wiosce, lub jakiejś mieścinie?
Jak to nas dziś ogranicza? 

W mojej miejscowości i okolicach, po wioskach właśnie, mieszkają ludzie, o których można przeczytać w "Forbes". To są naprawdę wielkie interesy. Marki obecne i znane wszędzie w kraju. Powiatowa gazeta miała kiedyś na pierwszej stronie artykuł "Ilu mamy milionerów w powiecie?" Sporo. Podejrzewam, że niektórzy mają już więcej, niż miliony. Dorobili się, mieszkając wciąż - tutaj. I tu mieszkają nadal. To im nie przeszkodziło w ich karierach.
Każdy ich tu zna, kojarzy, mieszkają tu od zawsze, ktoś z kimś chodził do szkoły, pracował itp, itd.
Jeśli nie dorobimy się milionów, sławy, Nobla itp., to to, że pochodzimy/mieszkamy w małej miejscowości nie będzie jedynym tego powodem. Na nasz los, nasze perspektywy, nasze historie składa się wiele czynników, i warunkuje je o wiele więcej niż jedno miejsce na mapie. Nie widziałam nigdy na żywo biedy tzw. "Polski B", na tzw. ścianie wschodniej, ani tej w popegieerowskich wsiach na Mazurach. Nie przeczę, że ludziom z małych miejscowości bywa trudniej. Ale miejsce pochodzenia ich nie definiuje. Na jednym z egzaminów ustnych na studiach, prawdziwa kobyła, profesor powiedział mi:
"-Nie wiem jak Pani, ja nie pochodzę z Warszawy..."
"-Ja też nie."
"-To Pani wie, że nam było trudniej."
Ale  z drugiej strony menel spod monopola na warszawskim blokowisku wg mnie nie różni od tego spod monopola na zabitej dechami prowincji.


Teraz modne są wszelkie "małe ojczyzny" i tego typu sprawy: bądźmy więc dumni z nich, czemu nie, chwalmy, propagujmy, promujmy, albo się chociaż nie wstydźmy, nie miejmy kompleksów, że nasze miejsce pochodzenia, zamieszkania, ta nasza "ojczyzna" - no jest mała. No i co z tego? Co to ma do rozmiaru nas


6 komentarzy:

  1. Co moge powiedziec - zgadzam sie z kazdym Twoim napisanym slowem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się... i gratuluję Ci pierwszego komentarza pod tym postem, bo Czytelnicy milczą jak
      nigdy, jak zaklęci, a szkoda, bo jestem ciekawa Waszych zdań i doświadczeń w tym temacie! :)

      Usuń
  2. hmm ja powiem szczerze, że nie przykładam wagi do tego kto skąd jest bo uważam, że nie ma to znaczenia. Sama mieszkam na wsi i w żaden sposób nie uważam że to ujmuje ale też nie schlebia :) jednak bardziej myślę, że inne rzeczy o nas świadczą :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z Tobą w zupełności. Aż zęby bolą na takich co uważają, że wybitność miejsca ich pochodzenia, zamieszkania, urodzenia przekłada się na ich indywidualną wybitność. Świadczy to tylko i wyłącznie o kompleksach i szczerze im współczuję, bo muszą przechodzić katusze kiedy spotkają kogoś kogo miejsce urodzenia, pochodzenia, zamieszkania jest wybitniejsze np. jestem sobie takim burakiem co się wywyższa, bo pochodzi np. z dużego polskiego miasta a tu bach spotykam kogoś z Nowego Yorku, Rzymu czy czego tam jeszcze. I co wtedy? Ból i sromota. Współczuję takim osobą.

    OdpowiedzUsuń
  4. No i ... fajnie, nawet bardzo fajnie:)
    Sama pochodzę z prowincji i nie raz po przeprowadzce do miasta słyszałam pieprzoty typu 'u was to psy dooopami szczekają i mgła konie dusi'. Wzmianki o zwijanym na noc asfalcie też pamiętam.
    Nie wstydzę się swojego pochodzenia, a każdemu mieszczuchowi, który wytyka mi moje pochodzenie ,mówię awdooopieCięmam!;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zgadzam się z każdym Twoim słowem, chociaż moje uczucia związane z prowincją są słodko-gorzkie. Nie mam żadnego kompleksu mojego pochodzenia, nie wstydzę się go. Jestem pełna uznania dla tego, co jest dumą miasta z którego pochodzę. Miejscowość w której mieszkałam niczym się nie wyróżnia, ale jest częścią uroczego regionu. Tyle, że ja nie cierpię mieszkać na prowincji. Lubię mieć wybór, lubię mieć możliwości. Oczywiście tak jak napisałaś - i na prowincji można sobie poradzić, ale w mieście jest łatwiej, przynajmniej z moimi priorytetami. Po przeprowadzce poczułam, że wreszcie mogę odetchnąć pełną piersią. Wcześniej dużo mnie omijało. Musiałam wychodzić z koncertów w połowie, żeby zdążyć na ostatni autobus (o 22:20, więc i tak nie było źle). Znajomi spotykali się, żeby się pouczyć do matury, a ja mówiłam, że nie przyjdę: dotarłabym w momencie, kiedy im już dawno znudziłaby się nauka. Czułam złość i bunt, bo gdyby moi rodzice nie postanowili wyprowadzić się z miasta (nawet tak małego), to moje życie byłoby łatwiejsze i wreszcie bym się wysypiała, bo do szkoły dojeżdżałam godzinę. w mieście mogę być spontaniczna, a do tego ono oferuję wszystko, czego potrzebuję.
    Zdecydowanie wolę niewygody dużego miasta. Dobrze się czuję w tym pędzie, nawet poranne przeskakiwanie z tramwaju do tramwaju poprawia mi nastrój. A to, że pochodzę z małej miejscowości? No cóż, jak wielu innych ludzi. Wcale nie jestem przez to gorsza.
    Obecnie znowu mieszkam na prowincji. Przyjemne miasteczko, ale nudne. W tym roku się wyprowadzam i podjęłam decyzję, że już nigdy więcej nie wrócę do małego miasta.

    OdpowiedzUsuń

Zachęcam do pozostawiania komentarzy i z góry za nie dziękuję :)
Zaglądam na blogi moich Komentatorów, i najczęściej również je obserwuję.
Komentarze zawierające link nie będą publikowane, potrafię Was znaleźć! :)

Copyright © 2014 Wszystkie moje bziki , Blogger